Czy katolik może się skremować?

   Najnowsza instrukcja watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary „Dla zmartwychwstania z Chrystusem” precyzuje sprawy pochówku ciał zmarłych i przechowywania prochów ludzkich w przypadku kremacji.

   Przez wiele stuleci Kościół negatywnie odnosił się do praktyki spopielania ciał zmarłych. Miało to uzasadnienie doktrynalne i kulturowe. Trzeba bowiem pamiętać, że biblijnym zwyczajem było grzebanie ludzkich szczątków bezpośrednio w ziemi lub w grobowcach. Tak również pogrzebano Chrystusa. W czasach prześladowań Kościoła niszczenie ciał męczenników (np. przez pożarcie przez dzikie zwierzęta, spalenie itd.), a w ten sposób uniemożliwienie ich pogrzebu i późniejszego kultu relikwii, było dodatkową represją wobec wyznawców Chrystusa.

   Zwyczaj spopielania ciał zmarłych był dość często i długo po Chrystusie praktykowany w Europie przez pogańskich Słowian, Wikingów i inne grupy etniczne. Do dzisiaj jest zasadniczą formą podejścia do ludzkich zwłok choćby w hinduizmie. Dlatego chrześcijanie, chcąc uniknąć nawet pozorów synkretyzmu religijnego i pomieszania pojęć, taktowali ten zwyczaj jako kulturowo obcy. Na to wszystko nałożyły się traumatyczne doświadczenia z II wojny światowej, kiedy niemiecka III Rzesza uruchomiła krematoria jako element przemysłu zagłady całych narodów i grup społecznych. Dymiące kominy krematoriów były symbolem krańcowej pogardy dla człowieka.

   Dlatego jeszcze instrukcja Świętego Oficjum z 5 lipca 1963 r. stwierdzała, że chociaż kremacja sama w sobie nie jest sprzeczna z religią chrześcijańską, to jednak polecała dochować zwyczajów tradycyjnego pochówku. Zaznaczała przy tym, aby nie odmawiać sakramentów i ostatniej posługi tym, którzy poprosili o kremację bez woli zaprzeczenia nauczaniu Kościoła. Taki zapis znalazł się również w Kodeksie Prawa Kanonicznego z 1983 r.

   Od tego czasu praktyka spopielania ciał się rozpowszechniła. Jak zaznacza najnowsza instrukcja, bierze się to często ze względów ekonomicznych bądź higienicznych: transport urny z prochami do miejsca pochówku, nierzadko w innym kraju, bywa łatwiejszy i bezpieczniejszy. Z drugiej strony na wielu cmentarzach zaczyna brakować miejsca. Jednak wraz z kremacją pojawiły się zwyczaje absolutnie niezgodne z chrześcijańskim szacunkiem dla ludzkiego ciała i z nauczaniem Kościoła. Przed nimi właśnie przestrzega najnowsza watykańska instrukcja.

   Niedopuszczalne jest rozsypywanie ludzkich prochów nad ziemią, wodami czy w tzw. ogrodach pamięci. Każdy zmarły ma bowiem prawo do własnego miejsca spoczynku, która zarazem skłania do pamięci o nim i do modlitwy w jego intencji. Jako sprzeczne z nauczaniem Kościoła należy uznać praktyki, które mają wyrażać ostateczne unicestwienie osoby ludzkiej, jej fuzję z matką naturą lub z wszechświatem, jako etap w procesie reinkarnacji lub jako ostateczne wyzwolenie z „więzienia ciała”. Po spopieleniu prochy ludzkie powinny być zgromadzone w specjalnej urnie, którą należy umieścić na cmentarzu, w specjalnym kolumbarium, kościele lub innym miejscu przeznaczonym na ten cel przez odpowiednie władze kościelne. Chodzi przy tym o zapewnienie warunków do modlitwy i zmniejszenie ryzyka braku szacunku lub zapomnienia o zmarłych. Stolica Apostolska zabrania przechowywania urn z prochami w domach prywatnych, z wyjątkiem miejsc, na które z powodu uwarunkowań kulturalnych i innych wyraziła zgodę kompetentna konferencja episkopatu. Stanowczo jednak nie wolno przerabiać prochów zamarłych na biżuterię i inne pamiątki.

   W przypadku zmarłego, który „notorycznie żądał kremacji i rozrzucenia swoich prochów w naturze z powodów sprzecznych z wiarą chrześcijańską” Stolica Apostolska poleca duszpasterzom, aby „zgodnie z prawem odmówić przeprowadzenia uroczystości pogrzebowych”.

   Precyzyjne wytyczne dla pogrzebu katolickiego w przypadku kremacji zawiera polski „Obrzęd złożenia urny do grobu”, zatwierdzony przez Stolicę Apostolską 7 lipca 2010 r. Konferencja Episkopatu Polski wydała także w tej sprawie List pasterski z 13 listopada 2011 r. W dokumentach tych znajdujemy postanowienie, aby w przypadku kremacji zasadnicze obrzędy pogrzebowe odprawiane były przed spopieleniem ciała, gdyż: „właśnie ciału, a nie prochom, oddaje się cześć w czasie liturgii, ponieważ od chwili chrztu świętego stało się ono świątynią uświęcona przez Ducha Świętego”. Biskupi polscy powołują się przy tym na stanowisko Stolicy Apostolskiej, która w 1977 r. wyjaśniła, że: „nie wydaje się stosownym, aby nad prochami celebrowano obrzędy, które mają na celu uczczenie ciała zmarłego”. Odprawianie liturgii pogrzebowej nad urną należy według tych wytycznych taktować jako wyjątek stosowany w szczególnych przypadkach. Powinno się to odbywać bez szczególnej okazałości.

   Biskupi polscy wzywają, aby decyzji o kremacji nie podejmować pochopnie, ponieważ „prochy wyrażają zniszczenie ludzkiego ciała i nie oddają idei »snu« w oczekiwaniu zmartwychwstania”. Ponadto tradycyjne groby na cmentarzach wyrażają nie tylko naszą pamięć o zmarłych, ale także „związek z poprzednimi pokoleniami w wymiarze rodzinnym, jak i narodowym”.

ks. Henryk Zieliński, Idziemy

Wejściówka do nieba

 Msze Święte gregoriańskie, które zamawiamy za naszych zmarłych, mają im pomóc w osiągnięciu nieba, jak zresztą każda za nich modlitwa. A gdyby zamiast trzydziestu odprawiono dwadzieścia dziewięć? I skąd w ogóle taka praktyka?

 Życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy. I gdy rozpadnie się dom doczesnej pielgrzymki, znajdą przygotowane w niebie wieczne mieszkanie. Słowa prefacji z Mszy św. za zmarłych w dwóch zdaniach streszczają całość ludzkiego życia. Zmienia się, ale nie kończy. I choć trzeba w końcu opuścić mieszkanie zbudowane na ziemi, w domu Ojca Niebieskiego mieszkań jest wiele. Wielu wierzących pyta jednak: czy od razu po śmierci można w nim zamieszkać? Jeśli tak, to po co modlić się za zmarłych? A jeśli nie od razu, to gdzie się jest w międzyczasie? I kiedy otrzymuje się „wejściówkę”?

      Odpuszczenie w życiu przyszłym

 Ten „międzyczas” to bardzo niedobre słowo. Bo nie o czas tu chodzi i na razie będę bronił tej tezy, zanim narażę się na zarzut niekonsekwencji, bo w końcu mam mówić o trzydziestu dniach co do jednego. Powiem więcej: i nie o miejsce chodzi, bo czyściec, a o nim tu mowa, miejscem nie jest. Czyściec to proces ostatecznego oczyszczenia z grzechów. Dokonuje go Bóg w tych, którzy odeszli z tego świata w stanie łaski uświęcającej, ale jeszcze takiego oczyszczenia potrzebują. W Katechizmie Kościoła Katolickiego prawda o czyśćcu została ujęta następująco: „Ci, którzy umierają w łasce i przyjaźni z Bogiem, ale nie są jeszcze całkowicie oczyszczeni, chociaż są już pewni swego wiecznego zbawienia, przechodzą po śmierci oczyszczenie, by uzyskać świętość konieczną do wejścia do radości nieba. To końcowe oczyszczenie wybranych, które jest czymś całkowicie innym niż kara potępionych, Kościół nazywa czyśćcem”.

 Naukę wiary dotyczącą czyśćca Kościół sformułował przede wszystkim na soborach: Florenckim i Trydenckim. W Tradycji Kościoła, opartej na niektórych tekstach Pisma Świętego, mowa jest o „ogniu oczyszczającym”. Wedle katechizmu, z tego właśnie można wywnioskować, że niektóre winy mogą być odpuszczone w tym życiu, a niektóre w życiu przyszłym. Stąd potrzeba modlitwy za zmarłych.

 W jednej ze swoich katechez papież Franciszek, zamykając cykl poświęcony uczynkom miłosierdzia, powiedział: „Modlitwa za zmarłych jest przede wszystkim wyrazem wdzięczności z powodu świadectwa tych, którzy nas opuścili, oraz za uczynione przez nich dobro. Jest ona dziękczynieniem Panu za to, że nam ich dał, a także za ich miłość i przyjaźń. Kościół modli się za zmarłych szczególnie podczas Mszy Świętej”. Tę szczególną pamięć o zmarłych w Eucharystii zwięźle wyrażają słowa I Modlitwy Eucharystycznej: „Pamiętaj, Boże, o swoich sługach i służebnicach, którzy przed nami odeszli ze znakiem wiary i śpią w pokoju. Błagamy Cię, daj tym zmarłym oraz wszystkim spoczywającym w Chrystusie udział w Twojej radości, światłości i pokoju”.

      Zakazane monety

 Msze gregoriańskie, zamawiane powszechnie przez wierzących w intencji osób zmarłych, to jedna z najbardziej tajemniczych praktyk w naszym Kościele. W sumie większość z nas wie, że istnieją, wielu prosi o ich odprawienie, mało kto jednak potrafi wytłumaczyć, dlaczego to robi. Wielu pyta, skąd wzięła się praktyka odprawiania trzydziestu Mszy św. za jednego zmarłego, dzień po dniu. Pytanie całkiem uzasadnione. Bo czyż przypisywanie określonej „ilości” modlitwy „większej skuteczności” nie przypomina przesądu? Pytań w tym kontekście pojawia się mnóstwo, skądinąd nie od dzisiaj. Faktycznie bardzo ostrożnie należy poruszać się na gruncie tego, co duchowe, używając ziemskich kategorii: liczydeł i odważników. Zawsze może bowiem dojść do przywiązywania większej wagi do rzeczy wtórnych z pominięciem tego, co pierwszorzędne. W przypadku Mszy św. gregoriańskich nie chodzi przecież o to, by „zamówić” usługę o „zwiększonym standardzie”, który zmarłemu da dostęp do „all inclusive” w trybie priorytetowym, choć na pozór i wedle standardów współczesnego świata tak mogłoby się wydawać.

 Dlaczego nazywamy je Mszami gregoriańskimi? Jak wszystko, co „gregoriańskie” – od św. Grzegorza Wielkiego. Faktycznie wielkim był papieżem, znanym przede wszystkim z reformy liturgii, lecz również kalendarza. Na jednym z portretów, namalowanym przez Francisca Goyę, siedzi zamyślony w szatach pontyfikalnych i błyszczącej tiarze, pochylony nad grubą księgą, i zapisuje w niej coś gęsim piórem. Malarz stworzył ten portret w czasach, w których kwestionowano intelektualne dokonania chrześcijaństwa. Kościół przedstawiano wówczas jako wspólnotę ludzi zacofanych. Tymczasem hiszpański artysta ewidentnie pokazał wielkiego myśliciela. I taki też był św. Grzegorz.

 W jednej z ksiąg swoich „Dialogów” papież ten napisał, że ofiara Mszy św. pomaga osobom potrzebującym po śmierci oczyszczenia. A że przed wyborem na stolicę Piotrową był przełożonym klasztoru, dołączył do tej tezy historię, która w tymże klasztorze miała miejsce. Jeden z mnichów złamał zakonną regułę i ciężko zgrzeszył, posiadając trzy złote monety. Będąc bliski śmierci, zwierzył się z tego innemu zakonnikowi, a o całej sprawie dowiedział się Grzegorz. Po wielu przemyśleniach zakazał on braciom (w ramach kary – jakże surowej, przyznajmy!) choćby zbliżać się do jego posłania, a to poniekąd po to, żeby cierpiąc na ziemi, mógł zaznać oczyszczenia w chwili śmierci. Kiedy zakonnik ów zmarł, Grzegorzowi, który z wielkim bólem myślał o jego duszy, przyszło do głowy, by przez trzydzieści dni odprawiana była za niego Msza Święta. Po upływie tychże trzydziestu dni zmarły ukazał się we śnie jednemu z braci, mówiąc, że skończyło się jego cierpienie i został „dopuszczony do wspólnoty”. Chodziło rzecz jasna o osiągnięcie przez niego chwały nieba.

      Trzydzieści za jednego

 Przekonanie o szczególnej skuteczności trzydziestu Mszy św. odprawianych dzień po dniu za duszę zmarłego sprawiło, że już w VIII wieku praktyka ta rozwinęła się najpierw w klasztorach, a następnie w innych kościołach. Od początku też pojawiły się kontrowersje, również wśród wybitnych teologów, wyartykułowane na przykład w czasie Soboru Trydenckiego. W jednym z dokumentów tegoż soboru zwrócono uwagę, że powinny zniknąć w Kościele niektóre zwyczaje związane z określoną liczbą Mszy św., czy też świec, których się w ich trakcie używa. Pojawiło się wręcz sformułowanie, że określanie liczby tychże ma więcej wspólnego z przesądem niż z autentyczną wiarą. Ostatecznie jednak Kongregacja Odpustów w 1884 roku wyjaśniła, że zaufanie wiernych do Mszy św. gregoriańskich jako szczególnie skutecznych dla uwolnienia duszy zmarłego z czyśćca uważać należy za zgodne z wiarą i rozumem. Cztery lata później dodano, że praktyki tej nie reguluje żadna wykładnia teologiczna, tylko przeświadczenie wiernych o jej skuteczności. Nie znaczy to jednak, że Kościół nie wypowiadał się więcej w sprawie Mszy gregoriańskich, bowiem w 1967 roku w Deklaracji Kongregacji Soboru (Sacra Congregatio Concilii – późniejsza Kongregacja ds. Duchowieństwa) określono jednoznacznie, że przerwany na skutek nadzwyczajnych okoliczności cykl trzydziestu Mszy św. zachowuje wartość, jaką Kościół z nimi łączy (przy założeniu „dopełnienia” brakujących dni). Chodzi na przykład o taką sytuację, w której kapłan ze względów duszpasterskich jest zobowiązany odprawić Mszę św. w innej intencji.

      Tajemnica niepojęta

 We wspomnianej katechezie o uczynkach miłosierdzia Franciszek powiedział o modlitwie za zmarłych: „Modlimy się z chrześcijańską nadzieją, aby byli razem z Nim [Jezusem – A.P.] w raju, w oczekiwaniu na spotkanie nas wszystkich razem w tej tajemnicy miłości, której nie pojmujemy, lecz o której wiemy, że jest prawdziwa, bo jest obietnicą daną nam przez Jezusa. Wszyscy będziemy wskrzeszeni i wszyscy pozostaniemy na zawsze z Jezusem”.

 Tajemnica miłości – to oczywiście najlepszy sposób nazwania Eucharystii. Franciszek mówi o niej szerzej: chodzi o to, co czeka nas, wierzących, w przyszłości. Faktycznie: niepojęta, choć prawdziwa. Jak prawdziwe i niepojęte zarazem jest życie, które „zmienia się, ale się nie kończy”.


ks. Adam Pawlaszczyk, Gość Niedzielny nr 06/2020

Zegar
Dzisiaj jest

poniedziałek,
01 czerwca 2020

(153. dzień roku)

Święta

Poniedziałek, IX Tydzień zwykły
Rok A, II
Święto Najśw. Maryi Panny Matki Kościoła

Msze Święte do 30 VI 2020

Poniedziałek - sobota:

     godz. 17.00

Niedziela:

     godz.  9.30, 11.00, 12.30,

               18.00, 19.30

Wyszukiwanie
Licznik
Liczba wyświetleń strony:
646